Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Preludium. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Preludium. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 grudnia 2017

Epilog

Niebo było zupełnie czarne. Nie sposób było dojrzeć na nim choć jednej gwiazdy, księżyc schował się za gęstymi chmurami. Ale kamienna ścieżka została już oświetlona – pochodnie rzucały nierzeczywiste, migotliwe cienie na otaczające ją skały. Wielkie kamienie przybierały wprost nieprawdopodobne kształty, można było spędzić wiele czasu, oglądając je ze wszystkich stron. A z każdej były inne – tu rozpadlina, tam jama wydrążona przez spływającą latami deszczówkę... Łatwo można się było tutaj zgubić – ścieżka wiele razy się rozwidlała, ginęła w rozpadlinach, kończyła w małych jamach wypełnionych ruchomymi piaskami... Ale teraz, świetnie widoczna w świetle pochodni, była niemożliwa do pomylenia.
Wyverny zbierały się powoli. Niektóre szły trójkami lub czwórkami, inne pojedynczo, kryjąc się w cieniu. Po tym właśnie najprościej było rozpoznać Łowców. Po tym, i jeszcze wtedy, gdy obrzucali strażników morderczym wzrokiem, słysząc nakaz oddania broni. Reszta posłusznie składała miecze na wielkiej stercie, zostawiając tylko sztylet. Cóż, taki istniał nakaz, praktycznie od zawsze – nie rozstawać się ze sztyletem. Ponoć niektórzy, ci bardziej oddani sprawie, spali z nim pod poduszką... Każdy, bez względu na to, czy z protestami, czy po bójce ze strażnikiem, czy może posłusznie, wchodził w końcu przez wąską szczelinę do wnętrza skały. Kobiety nie miały z tym problemów, lecz mężczyźni, ci bardziej rośli, w wielu przypadkach musieli przeciskać się bokiem. Pod ich butami chlupała woda. Korytarze, podtopione podczas ulewnych deszczy, nie były z pewnością tak piękne i przyciągające oko, jak zwykle – straciły sporo na swojej atrakcyjności. Dusząca wilgoć skraplała się na szorstkich ścianach, osiadała na włosach, przesiąkała przez ubranie, stwarzając wrażenie przenikającego do szpiku kości zimna. Niektórzy szczękali zębami, inni nakładali na siebie zaklęcia ochronne, reszta po prostu parła dalej, mając nadzieję na to, że głębiej jest cieplej.
Nic z tego.
Ciepło było tutaj.
Sala tronowa praktycznie nic się nie zmieniła. Nadal była ciemną jaskinią, rozświetloną przez dwie pochodnie, umocowane przy metalowych wrotach. Lecz jeśli się przyjrzeć... każdy stalaktyt, każdy kawałek skały, wszystko – lśniło, niczym obsypane brokatem. Wrażenia dopełniała szadź, oblepiająca stalagmity malutkimi soplami. Te niższe; wyższe najwyraźniej trafiały na falę nieco cieplejszego powietrza. Tuż przy ziemi, na wysokości kostek wiła się idealnie biała jak mleko, gęsta niczym zupa mgła, uniemożliwiająca dojrzenie podłoża. Gdy się przez nią szło, wirowała delikatnie, rozpraszała się na moment, by po chwili znowu zgęstnieć. Piękna rzecz, lecz cholernie niebezpieczna. Przez nią nie widać było, co kryje się na drodze, a pełna była wzniesień, uskoków i małych kamieni, o które można było się potknąć. Harris zorientował się już, że stosunkowo łatwo można było stracić tu przednie zęby...
Siedział w milczeniu na niewygodnym tronie Ryjisjaveeika, obserwował migotanie wszystkiego dookoła. Z jego ust unosiły się obłoczki pary, zamieniające w powietrzu w ostre igiełki lodu. Usta miał pokryte szronem, ręce, zaciśnięte na podłokietnikach tronu, sine i odrętwiałe. Lecz nie chciał się stąd wynosić. Komuś, kto jest nieśmiertelny, nie grozi zamarznięcie. Oddychał powoli, jakby w skupieniu smakując każdy haust lodowatego powietrza. Powieki zlepiały się z zimna.
Westchnął. Z szerokim uśmiechem oparł głowę na niemal ciepłym kamieniu. Mógłby tak trwać przez wieczność. Bez jedzenia, bez picia, bez zawracania głowy błahymi sprawami...
Stojący za nim obserwator nie śmiał się poruszyć. W tej sali każdy krok, każdy ruch niósł się nieznośnie głośnym echem, odbijając od każdego kamyczka, każdego załamania na ścianie groty. Nie przełykał śliny, oddychał płytko, przez usta. Oprócz siedzącego tyłem Harrisa nie było tu nikogo, więc nie bał się, że zdradzi go para z ust. Palce, zaciśnięte na mieczu, nieprzyjemnie lepiły się do owiniętej skórą rękojeści. Stal zmatowiała.
Ile tutaj jest stopni? Na pewno nie więcej, niż –15...
Metalowe wrota otworzyły się z potwornym zgrzytem zamarzniętych zawiasów. Harris aż podskoczył, obserwator płynnie schował się za pięknie skrzącym w świetle migotliwego ognia stalagnatem. Wstrzymał oddech, ze złością zacisnął zęby, starając się ignorować kosmyk jasnych włosów, łaskoczący nie do wytrzymania w czoło. Często zdarzało mu się przeklinać wrażliwy słuch wyvernów, zwykle w towarzystwie ludzi, którzy zachowywali się koszmarnie głośno, ale również gdy przyszło mu bezszelestnie podkraść się do pobratymca. To było niemożliwe. Najbliżej dało się podejść wyverna na dziewięć metrów, co testował wieki temu. W ich promieniu tacy jak on słyszą wszystko – od bicia serca wroga, poprzez skrobanie w ziemi dżdżownicy, skończywszy na trzepocie skrzydeł motyla.
Panie. – Posłaniec, ciemnowłosy wyvern dość mikrej postury, nowicjusz pewnie, padł na kolana, prawie ginąc w gęstej mgle. Harris widział tylko jego głowę i ramiona. – Panie, wszyscy już czekają.
Harris w ostatnim momencie powstrzymał się od posłania go do diabła.
Zaraz przyjdę – odparł powoli, odganiając nowicjusza machnięciem ręki.
Trzasnęły drzwi. Obserwator pokręcił głową, rozprostowując zdrętwiały kark. Koniec przyczajania się. Uniósł miecz, pewnym krokiem wyszedł na środek.
Harrisie.
Harris wstał powoli, odwrócił się w stronę głosu, dłonią szukając rękojeści sztyletu. Zamarł, widząc znajomą twarz, ukrytą w czarnym, najeżonym kolcami hełmie. Opuścił rękę, wyprostował się.
Niemożliwe – jęknął, wycofując się.
Stań, albo pożegnasz się z głową – ostrzegł gość, robiąc krok naprzód. Wyciągnął rękę z mieczem, przycisnął czubek ostrza do grdyki rozmówcy, zmuszając go tym samym do uniesienia głowy.
Nic się nie zmieniłeś, Ryjiv – prychnął, odsuwając ostrze dłonią.
Czyżby? Bo ja uważam, że się zmieniłem. I to bardzo. Wyprzystojniałem przede wszystkim – zaśmiał się.
Czy moglibyśmy odłożyć tę rozmowę o niczym na później? Tak się złożyło, że czekają na mnie poddani.
Upadły władca wybuchnął nagłym śmiechem.
Poddani? Chyba nie twoi.
Zaatakował błyskawicznie. Podskoczył, z półobrotu w powietrzu przyładował Harrisowi podkutym butem w szczękę – uwielbiał bawić się szybkością, tym, gdy czasem zdawało się, że grawitacja nie miała na niego żadnego wpływu.
Wyvern zatoczył się do tyłu, spojrzał z nienawiścią na swojego rzekomo martwego poprzednika. W jego ręce wreszcie błysnęło ostrze sztyletu.
Wolałbym, abyś odszedł w pokoju, bracie – syknął, groźnie szczerząc ostre kły, niczym szykujący się do skoku drapieżnik. Jak lew zapędzony w róg.
Przykro mi, że nie mogę spełnić twojego życzenia.
Ryjisjaveeik znowu się poderwał, lecz tym razem w trakcie lotu... zniknął. Rozpłynął się dosłownie w powietrzu, została po nim jedynie chmura małych odłamków lodu, odkruszonych z ubrania podczas walki. Harris upadł na plecy, czując mocne uderzenie w bark. Następne zaskoczyło go w żołądek. Zawył. Potworna świadomość spłynęła na niego z porażającą mocą. Przez chwilę miał wrażenie, że zrobiło się jeszcze zimnej. Hełm Hadesa. Magiczny artefakt, mający zagwarantować niewidzialność i odporność na rany. To na jego poszukiwania ruszył Ryjisjaveeik, uprzednio jeszcze zabijając jednego z członków rady, by zyskać wolność pewnie. Misja, z góry skazana na niepowodzenie, udała się. I to jeszcze jak!
Zimne ostrze na karku ucięło mu oddech.
Szkarłatna krew prysnęła na pięknie mieniące się stalaktyty.
Płomień jednej z pochodni cicho zasyczał.

***

Szedł pewnym krokiem przez wysoki, wąski korytarz, rozchlapując wodę. Oby nie było już za późno... Napięcie, zgromadzone przez cały dzień, dusiło go dziwnym skurczem w przełyku, zaciśnięta na rękojeści miecza dłoń niepewnie drżała, mokre włosy paskudnie lepiły się do czoła. Słyszał głosy, sala była niedaleko. Cicho syknął, widząc, że tunel się rozgałęzia. Nigdy nie był w tym miejscu, nie licząc krótkiej wizyty w sali tronowej, jeszcze przed wyprawą.
Zamknął oczy, skupił się na słuchu. Echo myliło, nie sposób było rozpoznać, skąd dochodzą dźwięki, słyszał je nawet za sobą. Zwrócił się o pomoc do instynktu Fenrira. Również on zawiódł, chociaż tak bezbłędnie działał do tej pory. Pomógł przecież odnaleźć sekretne przejście dla Ryjisjaveeika, który nie mógł pokazać się razem z nim przy głównych wrotach, jeszcze wcześniej wyprowadził ich z podziemi Świętych Gór. Ale teraz, akurat w takim momencie, zawodził.
Westchnął, otarł dłonią z czoła zamarzający pot. Wybrał lewy korytarz. Nie pomylił się – po kilku minutach natrafił na salę. Wmieszał się w tłum, naciągając kaptur czarnego płaszcza. Nikt się nie dziwił na widok jego rynsztunku, wielu Łowców przyniosło ze sobą miecze i kusze, żaden nie rozstawał się z bronią po dobroci.
Stanął przy wyjściu, tak, by widzieć środek sali, gdzie umieszczono mównicę. Oparł się plecami o skałę. Teraz pozostawało tylko czekać.
Okazało się, że wcale nie musiał stać w nieskończoność. Wrota u dołu sali niespiesznie się otworzyły, na arenę powoli wyszedł władca. W czarnej zbroi i najeżonym kolcami hełmie o greckim kroju Ryjisjaveeik wyglądał na niezniszczalnego. I taki pewnie się czuł. Szedł, dumnie unosząc głowę, patrząc po zaskoczonych twarzach zebranych. W prawej dłoni trzymał za włosy głowę Harrisa, w lewej ociekający krwią miecz – swój niezawodny półtorak o lekko ząbkowanym, wyszczerbionym w paru miejscach ostrzu. Krew cichymi kapnięciami opadała na podłogę, znacząc za nim makabryczną ścieżkę, parowała w zetknięciu z kamieniem. Krople zamarzały prawie natychmiast.
Prawowity władca uniósł makabryczne trofeum, by wszyscy mogli przyjrzeć mu się z bliska, następnie cisnął je w tłum. Kilku skoczyło do wyjścia, Mark zagrodził im drogę, wyciągając wielki krzyżacki miecz. Nikt nie ośmielił się walczyć z niezniszczalnym obiektem przepowiedni o Pożeraczu Światów, plotki o jego sile fizycznej i magicznej dotarły tu już jakiś czas wcześniej. Co dziwiło – mężczyzna był raczej szczupły, chociaż po jakimś czasie władania mieczem nabrał już szerokości w ramionach. Młody uśmiechnął się, widząc respekt i podziw na twarzach tych ludzi.
O ile wyverna w ogóle można nazwać człowiekiem.
Łamało sobie nad tym głowę wielu uczonych, nawet spośród miłujących wiedzę Gorgonów, lecz żaden nie był w pełni zgodny co do teorii drugiego, więc jedynym skutkiem był bałagan jeszcze większy, niż na początku. Wyverny w końcu w równym stopniu były ludźmi, jak i gadami. A może po prostu czymś lepszym od człowieka, wyższym szczeblem ewolucji?
Chcieliście zobaczyć się ze swoim władcą. A więc patrzcie. – Norweg rozłożył szeroko ramiona.
Rozległo się kilka nieśmiałych wiwatów, po chwili ryczała już cała sala. Kilku zaniosło się płaczem wzruszenia. Miesiąc władzy Harrisa musiał dać się wszystkim we znaki.
Ryjisjaveeik patrzył z dumą na tych ludzi, oddanych mu pomimo wszystkich przeciwności. Pomimo zabójstwa, zdrady, ucieczki i długiej nieobecności.
Jesteśmy wyvernami. Władza leży w naszej naturze. I żaden z nas, choćby nie wiem co, nie uznaje zwrotu „poddawać się”.
Mark odwrócił się gwałtownie, ujrzał uśmiechniętego Odyna. Pokiwał głową, cudem powstrzymując się od śmiechu. Na każdym ramieniu Przedwiecznego siedział kruk.
W słowniku wyverniego nie ma czegoś takiego, jak „poddaństwo”. Każdy wyvern jest sobie władcą, tacy jak Ryjisjaveeik nie istnieją po to, by wydawać im rozkazy, lecz żeby zadbać o to, by nie doszło do wojen domowych.
Żaden wyvern nie potrafi w całości się komuś oddać. Zawsze w głębi duszy będzie knuł intrygi, jak zająć miejsce dowodzącego.

Taka już ich natura.


Rozdział 28


Anders

Po co tam jedziesz? – Shadya stanęła w drzwiach i oparła się o futrynę, krzyżując ramiona na piersi.
Anders powoli odjął dłoń od klamki i odwrócił się do niej ze słodkim uśmiechem.
Shadyo, dlaczego nie śpisz?
Podczas pełni dręczą mnie koszmary.
Minę miała pełną pretensji, a w jej ciemnych oczach czaiło się coś na kształt... strachu? Wyvern bardzo się starał skupić na jej twarzy, lecz cienka koszula nocna, jaką miała na sobie wilkołaczyca, cały czas ściągała jego wzrok. Nie pozostawiała wiele wyobraźni.
Wiesz, ja właśnie...
Wychodziłeś. To widać – przerwała mu brutalnie. – Tylko powiedz mi... po co?
Westchnął zrezygnowany, rozłożył ramiona w geście poddaństwa.
W Transylwanii jest wiec wampirów. Uważam, że to dobra okazja...
Do czego? Do zabawy w mordercę? Wszystkie wyverny są takie same. – Obróciła się na pięcie i odeszła w stronę schodów.
Anders westchnął. Rozmasował zdrętwiały kark i pewnym krokiem wyszedł na zewnątrz. Mroźne powietrze na moment pozbawiło go tchu. Owinął się szczelniej płaszczem, kontrolując, by dobrze zakrywał wiszący na plecach miecz, i ruszył przez zaspy w stronę dworca. Podróż pociągiem przebiegła bez komplikacji, głównie dzięki temu, że zahipnotyzował konduktora, uzyskując zgodę na zajęcie miejsca w pierwszej klasie. Wyglądał przez okno, na ośnieżony świat, pijąc ciepłą kawę i pogryzając czekoladowe ciasteczka. Było mu dobrze... aż za dobrze. Co jakiś czas wracał myślami do Shadyi, zostawionej w miasteczku bez żadnej ochrony, lecz za każdym razem dochodził do podobnych wniosków: ta kobieta jest przewodniczką wilkołaków. Jeśli nawet coś jej zagrozi, cała sfora przybędzie jej na ratunek. Pocieszając się tym, zasnął.
Ciężko było w to uwierzyć, ale w Rumunii było jeszcze zimniej. Natychmiast, jak tylko wyszedł z ciepłego wagonu, zaczął szczękać zębami. Delikatnie wilgotne od potu włosy pokryły się szronem, powieki zlepiały. Przeklinając pod nosem, skierował się na wąską, wyłożoną kocimi łbami drogę, biegnącą przez pofałdowane pustkowie. Śnieg skrzypiał pod butami, pchał się za kołnierz i topniał na twarzy. Miał powoli dość wszystkiego. Co chwila przed oczyma stawał mu wielki kominek w pokoju gościnnym wilkołaczycy, więc musiał używać całej swojej siły woli, by natychmiast nie zawrócić.
Nagle się zatrzymał. W śniegu ktoś pozostawił ślady, i to dość świeże. Przyklęknął, przyjrzał im się z bliska. Natychmiast poczuł od nich charakterystyczny duszący odór wampira. Jego palce bezwiednie zacisnęły się na rękojeści sztyletu, nieprzyjemnie lepiąc do metalu. Syknął, odklejając je. Czyżby go śledzili? Niemożliwe. W razie czego wstał, odszedł parę kroków. Chwilę błądził między drzewami, aż wreszcie znalazł to, czego szukał – niepozorny głaz, na którego gładkiej powierzchni wyryto skrzyżowane topór i młot bojowy. Pewnym krokiem przeszedł obok. Sceneria się zmieniła, droga stała się zbitym z belek traktem, wzgórza w dużej części pokrył las iglasty. Stanął na śliskich deskach, rozejrzał się. Powinien zboczyć w lewo i ominąć wioskę, a tam znajdzie kolejny portal, lecz coś mu podpowiedziało, że powinien przyjrzeć się też prawej stronie. Stał tam niewielki kamienny budynek, którego drzwi strzegło dwóch ludzi. Jeden z nich prawdopodobnie był wyvernem, lecz nie potrafił określić tego z takiej odległości, polegając jedynie na swoim słabym wzroku. Podszedł więc bliżej. Wpuścili go do środka, nie pytając nawet, skąd przybył. Wiedział, że to podejrzane, więc przygotowując się na jakąś niekoniecznie miłą niespodziankę, przekroczył próg.
Roześmiał się. Zwykła karczma. Nie ma się czego obawiać. Wiedziony zapachem grzanego piwa, przysiadł obok baru i rzucił monetę stojącemu za nim mężczyźnie.
Odwrócił się, czując opadającą na ramię dłoń. Lecz nie zdążył dojrzeć twarzy jej właściciela – czyjaś pięść dosięgła jego głowy, sprawiając, że prawie obrócił się w powietrzu. Opadł na blat, nie bardzo jeszcze rozumiejąc, co się dzieje. Podskoczył dopiero, gdy to do niego dotarło – i wtedy zaatakował. Napastnik jednak obronił się z łatwością przed ciosem i zamachnął na niego sztyletem. Chwycił ostrze słabszą, prawą ręką, zaledwie parę centymetrów od swojej piersi. Świeżo ostrzona klinga przeszyła mu ciało, dochodząc aż do kości, za rękaw wlała się stróżka gorącej krwi. Zawył z bólu, odepchnął wroga. Nie mógł nadal dojrzeć jego twarzy, ponieważ zasłaniał ją kaptur, lecz wielce sugestywny uśmiech, demonstrujący w pełnej krasie ostre kły, mówił wszystko. Wyrwał się, skoczył do drzwi.
I tak mi nie uciekniesz – usłyszał za sobą.
O tym zaraz się przekonamy – syknął pod nosem, wypadając na zewnątrz. Kopnął z całej siły strażnika, próbującego zastąpić mu drogę, ten wylądował po drugiej stronie placu. Popędził w stronę traktu.
Rozległ się brzęk zwalnianej cięciwy kuszy i świst nadlatującego bełtu. Odskoczył w bok, lecz ten i tak go dosięgnął – prawa noga ugięła się pod ciężarem ciała, upadł twarzą w śnieg. Gdy żołnierz upadnie na twarz, to znaczy, że już koniec. A może chodziło o plecy? – pomyślał bez sensu, prawie mdlejąc z bólu. Przeturlał się na plecy, chcąc ocenić obrażenia. Bełt wszedł bardzo głęboko w łydkę. Rozdarł powoli nasiąkającą krwią nogawkę. Chciał go wyjąć, a ranę szybko zaleczyć najprostszym zaklęciem, lecz z przerażeniem zorientował się, że nie da rady. Czwórgraniasty grot z haczykowato wygiętymi ząbkami...
Javier.
Złamał drzewce i wstał. Wyjęcie bełtu groziło jeszcze większymi obrażeniami, poza tym z pewnością zemdlałby z bólu. Już teraz był tego bliski. Myśliwy jest geniuszem w dziedzinie broni. Pokuśtykał traktem. Ślizgał się na oblodzonych belach i własnej krwi, przerażony, że wróg nadal go goni, śmiejąc się tylko z nieudolnej ucieczki ofiary. Miał wrażenie, że myśli wymykają mu się, nie zdoławszy nawet w pełni się wykrystalizować.
Z naprzeciwka ktoś szedł. Anders usiłował nawiązać z nim kontakt, zwrócić uwagę na to, że goni go najlepszy morderca Drugiego Świata, mężczyzna jednak tylko przyspieszył, chcąc go jak najszybciej wyminąć. Pewnie myślał, że napotkał jedynie pijaka, jako że wyvern nie był w stanie nic powiedzieć, z jego ust wydobyło się tylko nieartykułowane jęknięcie. Ciało powoli opadało w odrętwienie, lecz umysł, jak na złość, miał wręcz irytująco jasny. Trucizna? Bo na pewno nie magia. Javier posiada znikome umiejętności z zakresu rzucania zaklęć.
Nawet nie zauważył, gdy ośnieżone pustkowie zastąpiła wioska. Wysokie sosny pokryte były szadzią; między nimi, na stok dość niskiej, lecz stromej góry, wspinały się domy, zbudowane z grubych drewnianych bali. Gdzieś w połowie zbocza dostrzegł wejście do małej jaskini. Jakbym się tam dostał...
Zatoczył się na blaszane wiadro, stojące przed jednym z domów. Runął w zaspę, nie dał rady się podnieść. Z domku po chwili wyskoczył wysoki człowiek w grubej kurtce, u jego boku podskakiwał niecierpliwie wielki owczarek. Anders zamknął oczy. Świetny koniec...
Z odrętwienia obudził go tętent kopyt. Tajemniczy prześladowca zatrzymał karego konia tuż przed domostwem i przywołał właściciela bliżej.
Hej, ty! Nie widziałeś tu rannego wyverna?
Nie.
Na pewno?
Jakbym wiedział, to bym powiedział. Daj pan spokój – burknął człowiek, obracając się, jakby chciał odejść. Myśliwy poprawił przewieszoną przez ramię kuszę i pognał dalej. Wyvern odetchnął.
Wstawaj – usłyszał nad sobą. Rozchylił powieki. Mężczyzna stał tuż nad nim. Jęknął tylko w odpowiedzi.
No, wstawaj. Nie mam pojęcia, czym mu tak podpadłeś, ale w każdym razie nie zazdroszczę. Ten kretyn nęka nas ostatnio coraz częściej. Upierdliwy następca Javiera się znalazł... – Splunął soczyście.
To... To nie Myśliwy? – wydukał Anders.
Oczywiście, że nie. Znam Javierka osobiście, bywał tu często ostatnimi czasy. Ten tutaj jest jakimś jego cholernym naśladowcą... Wszystko zgapia, oprócz technik zabijania, bo trzeba mu przyznać, jest trochę mniej brutalny. Ale tylko trochę. No, idź już. Zaraz tu będzie, chyba wie, że nie powiedziałem wszystkiego.
Nie mogę...
Jak to nie możesz?!
– …się ruszyć.
Mężczyzna uklęknął, zarzucił sobie jego ramię na szyję, podniósł. Zagwizdał, widząc ranę na nodze i zakrwawiony śnieg.
No, no. Nieźle. Ale ciut za słabo, żeby powalić taki kawał wyverna...
Jest zatruty.
Zatruty?! A to tchórz. Zawsze powtarzam, że trucizna jest bronią dla tchórzy. Idź już.
Jęknął, pokuśtykał drogą w górę. Kiedyś na pewno pokonałby ją biegiem i zatrzymał się na szczycie nawet nie spocony, lecz teraz wydała się nie wiadomo jak stroma. Padł na kolana, potknąwszy się, doczołgał na wysokość jaskini, wspiął do niej. Opadł bezwładnie na lodowaty kamień, rozbiegany wzrok usiłował skupić na białych gałęziach sosen. Z pewnością w innych okolicznościach zachwyciłby się urokiem tego miejsca...
Anders, gdzie jesteś?! – Boleśnie znajomy głos rozdarł przyjemną ciszę sarkastycznym, śpiewnym zawołaniem. Kary ogier parsknął niedaleko.
Anders zacisnął w lewej dłoni sztylet. Jeśli umrzeć, to honorowo – z bronią w ręku. Nawet jeśli od trucizny.

Rozdział 27


Mark

Obudził się zlany potem. Ze zdziwieniem zauważył, że znajduje się w szerokim łożu z baldachimem, nakryty drogą, barwną kapą. Pierwszym, co zobaczył, był wiszący na ścianie portret mężczyzny o srogiej twarzy. Namalowane oczy patrzyły tak przenikliwie, że zapragnął natychmiast wstać i schować go do szafy. Podniósł się na poduszkach, chcąc ubrać się i wybadać sytuację, lecz jedynym skutkiem było to, że zwalił się z impetem na przykrytą miękkim dywanem podłogę. Z przerażeniem zorientował się, że nogi nie mogą utrzymać jego ciężaru. Zmówił cichą modlitwę i wyszeptał:
Boże, nie, tylko nie rób mi tego, nie mów, że to był sen...
Podparł się rękoma i rozejrzał, zbolały. Obok, oparte o ścianę, stały kule. Chwycił jedną, wstał z wielkim trudem.
Nie znał tego pokoju, więc odetchnął z ulgą. Widok za oknem podpowiedział, że to jedna z drogich rezydencji na obrzeżach miasta, wystawiona na sprzedaż jakiś czas temu. Ale, w takim razie, dlaczego...? Pokuśtykał do drzwi, po drodze chwycił też drugą kulę. Był na parterze, więc nie musiał katować się chodzeniem po schodach. Stanął na środku korytarza, nasłuchując. Gdzieś niedaleko słyszał odgłosy krzątania i słodki głos, nucący wesołą piosenkę. Ruszył dalej, podążając za dźwiękami, i wszedł do sporej kuchni. Stojąca przy blacie kobieta w niebieskiej sukience odwróciła się powoli, odstawiając butelkę z mlekiem, przerzuciła przez ramię kasztanowe włosy. Pokryta piegami twarz zarumieniła się lekko.
Margaret...! – jęknął, widząc boleśnie znajomą twarz.
Dziewczyna mrugnęła do niego figlarnie, uśmiechając się szeroko.
Nie miałam serca cię budzić, tak słodko spałeś...
Ale... – Ugryzł się w język. Duch, leśna warownia, wyprawa... Nie mógł się zdradzić. To test. Może i trudny, ale przecież możliwy do przejścia... Chyba.
Usiadł na krześle pod oknem, krzywiąc się. Ból w rozszczepionym kręgosłupie powrócił, zdążył już zapomnieć, jak silny był. Zmiękłem – pomyślał ze złością. Chciwie wbił zęby w podsuniętą mu kanapkę.
Jak minęła ci noc? – Dziewczyna się przysiadła.
Hm... Spałem jak zabity – palnął bez zastanowienia.
Czyżby? Bo mi się nie wydaje. Kto czytał książki do trzeciej nad ranem? Bo chyba nie ja.
Potrzebuję mało snu. – Kłamstwo. Zawsze spał powyżej dwunastu godzin.
Coś widzę, że panu humor dopisuje z rana. – Roześmiała się.
Nagle coś huknęło tak, że aż podskoczył. Ze schodów ktoś zbiegł, by po chwili, wpadając z impetem do kuchni, okazać się chłopcem lat pięć, odzianym w brudną piżamę.
Jezus Maria – pomyślał Mark. Test podobał mu się coraz mniej. Przez moment zastanowił się, czy może nie dać sobie spokoju z tym magicznym artefaktem, ale szybko się zganił za tę myśl. Jeśli reszta przeszłaby próby, nie darowaliby mu przegranej.
Tato, obiecałeś, że dzisiaj pójdziemy polować! – ryknął dzieciak, uczepiając się jego koszuli.
Oczywiście – wykrztusił. Jakim cudem dosiądę konia?!
To idźcie. – Margaret uśmiechnęła się słodko, odgarniając z czoła włosy.
Ledwo powstrzymał się od zmiażdżenia jej wzrokiem. Wstał więc i poprowadził „syna” do stajni. Z pomocą stajennego dosiadł karego rumaka, przywiązał się do siodła i z wahaniem ujął wodze.
Jak ja mam tym kierować? – jęknął na tyle cicho, by nikt nie usłyszał.
Na szczęście ogier reagował na każde, najsłabsze nawet szarpnięcie za wodze. Nie musiał używać do prowadzenia go nóg, co i tak nie zmieniało faktu, że czując się, jakby zamiast kręgosłupa miał rozgrzany do białości pręt, nie mógł się do końca cieszyć jazdą.
Z naprzeciwka ktoś jechał. Zmrużył oczy, sylwetka zdawała się dziwnie znajoma. To był Allan, lecz mało brakło, a nie poznałby brata. Siedział w siodle dumnie wyprostowany, urósł, i to bardzo, rysy twarzy miał ostrzejsze, oczy poważniejsze. To nie był już ten dzieciak, jakiego znał, tylko młody mężczyzna, żołnierz armii pruskiej.
Mark, wszędzie cię szukam! – krzyknął, stając w siodle. – Mamy problem...
Nie dokończył. Przerwał mu świst cięciwy i strzała, wbijająca się w pierś; spadł z konia. Ogier Marka stanął dęba, ściągnął wodze, obracając się. Wiedział, że to tylko wizja, ale na śmierć brata, nawet udawaną, nie mógł patrzeć. Przerażony „syn” patrzył na niego wielkimi oczami.
Podaj mi jego szablę – rozkazał dzieciakowi. Ten się nie ruszył. – No, już! Wujkowi nic nie będzie... – Wiedział, jak beznadziejnie to brzmiało.
Kolejny strzał dosięgnął dziecka.
Warknął, ułożył bezwładne ciałko na końskim grzbiecie tak, by nie spadło, i popędził wierzchowca do przyczajonego w cieniu napastnika. Ogier wyraźnie został przeszkolony w wojsku, nauczono go kopać i stawać dęba, doskonale odczytywał jego komunikaty. Strzelec wypadł z zarośli, uciekając przed oszalałym zwierzęciem, lecz to jeźdźca powinien się bać. Wyvern skupił się, poczuł gorące dreszcze. Rozwiązał rzemienie, zsunął się na wroga, przybierając postać wilkopodobnego potwora. Zatopił kły w miękkiej szyi mordercy, zacisnął je mocno, czekając, aż kark chrupnie. Opuścił bezwładne ciało na ziemię. Ono za to bardzo powoli przemieniło się w Strażnika.
Marku von Lahmanie... pan nie zrozumiał mojego przesłania. Ale cóż... na swój sposób poradziłeś sobie...
Miałem patrzeć na śmierć dziecka i brata, na tym polegała ta próba? Wolę już pomęczyć się, zabijając ich mordercę – warknął, oblizując chciwie ostre wilcze kły.
Zaliczam ci to. Ale pamiętaj, że jeśli kiedyś znajdziesz się w podobnej sytuacji, ale pod pieczą mniej sympatycznego ducha, nie ujdzie ci to na sucho... – Powoli zaczął się rozmywać.
Poczekaj! Muszę... – Spojrzał w stronę „syna”.
Po co? To tylko wytwór twojej wyobraźni. Chodź.
Pozwolił, by zjawa wzięła jego kosmatą łapę w swoją kościstą dłoń.



Javier

Obudził się na środku ulicy Lethen. Wstał, czując, jak obolałe kości niechętnie wskakują na swoje miejsca. Syknął, spojrzał za siebie, spojrzał przed siebie, w bok... I nic. Było spokojnie jak nigdy, nawet żadnych przechodniów na ulicy...
Zaraz, wróć. Nie ma przechodniów? To niemożliwe... chyba że coś się dzieje. Coś niedobrego raczej. Ogranicz grzybki, Javier – zaburzają koncentrację... Słowa Odyna nadal chodziły mu po głowie, przez moment nawet zastanowił się, czy się do nich nie zastosować. Dobył sztyletu, który okazał się jego jedyną bronią. Zawęszył w powietrzu i dopiero wtedy to poczuł. Kwaśny odór zgniłego mięsa, tak charakterystyczny dla jego największego wroga – hienodona. Wzdrygnął się, gdy wspomnienie jak żywe stanęło mu przed oczami. Złote, nabiegłe krwią oczy i wyszczerzone, ociekające krwawą piana zębiska...
Podskoczył, tuż za nim rozległ się głuchy warkot. Powoli się odwrócił...
O nie – jęknął, robiąc krok do tyłu. To on, ten sam, z jego bełtem sterczącym z boku...
Nigdy, przenigdy Javier Myśliwy nie zhańbił się ucieczką. Oprócz tej chwili. Zawył i rzucił się w kierunku najbliższego domu. Właściciel na szczęście nie pomyślał o czymś tak przyziemnym, jak zamknięcie drzwi, więc wbiegł do środka bez problemu. Zastawił jedno skrzydło ciężką drewnianą ławą, drugie na szczęście się nie otwierało. Wbiegł na piętro. Tym razem mało brakło, a rozpłakałby się jak małe dziecko. Poprzednim razem hienodon zapędził go właśnie tutaj... Przezornie odsunął się od przeszklonej ściany... lecz potwór już tu był. Wyważył drzwi jednym uderzeniem łapy i wbiegł po schodach, zaskakująco zwinnie jak na swoje rozmiary. Zatrzymał się naprzeciw myśliwego, jakby rozkoszując emanującym od niego strachem. Następnie stanął na tylnych łapach, przednie przygotowując do ciosu. Wyvern zamachnął się sztyletem, wbił go w pierś zwierzęcia, lecz to go nie zatrzymało – został rzucony w stronę okien. Szyby rozbiły się w drobny mak, a on zawisnął głową poza krawędzią podłogi, tak że idealnie widział strumień, do którego zostanie zepchnięty, i sterczące z niego kamienie. Wielka łapa przygniotła go do podłoża, łamiąc żebra. Zawył z bólu. Potwór spojrzał mu w oczy, prychnął, zawarczał i pchnął na zewnątrz, prosto do strumienia...



Ryjisjaveeik

Spalony Las. O tym miejscu krąży wiele legend, co jedna, to dziwniejsza. Występuje nawet w niektórych podaniach świata ludzi, choć niekoniecznie w takiej postaci, w jakiej istnieje naprawdę. A istnieje i ma się świetnie, pomimo upływu tysięcy lat od swego „spalenia”. Nie jest to bynajmniej kupka czarnej sadzy i kilka osmalonych kikutów sterczących z ziemi, o nie – to całe pnie i gałęzie wysokich sosen pokryte jednolicie białym popiołem, jak pomalowane farbą. Wieczna zima, pomimo tego, że w krainie panuje wieczne lato. Miejsce to stało się dla wielu ras miejscem kultu, stąd różności, jakie można tu spotkać – na przykład malowidła. Zdarza się, że całe drzewa pomalowane są na jednolicie niebieski kolor lub w koślawe szlaczki, romby i inne figury geometryczne. A wszystko to utrzymane w pastelowych odcieniach niebieskiego, fioletowego i żółtego.
Ryjisjaveeik pogonił konia. Bułana klacz parsknęła i ruszyła stępa szerokim, błotnistym traktem. Niemile uświadomił sobie, że do dzisiaj nie miał pojęcia, jak nazywa się kult Spalonego Lasu.
I jak, Ryjiv? – dobiegło z tyłu.
Skrzywił się. Tallor. Wizja wywołana przez Strażnika odnosiła się widocznie do przeszłości, do czasu, gdy pałali jeszcze do siebie czymś na kształt sympatii.
Podpiszę ten świstek papieru. Nie ma sensu obawiać się konsekwencji – odparł swobodnie. Pamiętał rozmowę tak dobrze, jakby stoczył ją zaledwie wczoraj, mógł ją odtworzyć bezbłędnie.
Nie ma sensu, mówisz? Atak zbrojny nie jest godny twej uwagi?
Zatrzymał konia, spojrzał przyszłemu wrogowi w oczy.
Tallorze... Jakie oni niby posiadają wojsko? Na jednego ich człowieka przypada ponad trzydziestu naszych. Nie zaatakują, obiecuję ci to. A teraz pozwól, że udam się na spoczynek, dzisiejszy dzień szczególnie mnie wykończył.
Zawrócił w stronę znajdującej się niedaleko wioski. Westchnął ciężko. Gdyby tylko mógł to teraz zrobić, nie narażając historii na zbyt wielkie zmiany, nie podpisałby dokumentu. To był chyba jego największy błąd w życiu. Poza tym nie powinien zapominać, że to nie przeszłość – lecz jej odbicie, wizja uformowana na kształt tamtych wydarzeń.
Zacisnął palce na wodzach. Strażnicy dołączyli do niego, jak tylko przekroczył granicę lasu. Straż dla władcy wyvernów była raczej czymś symbolicznym – w końcu skoro jest się jednym z najpotężniejszych, to po co mieć do własnej obrony o wiele słabszych od siebie? Doskonale potrafił się sam obronić, ale wolał hołdować starym zasadom – nie wiedzieć czemu, ale lud lubił tradycje. A on starał się być jak najlepszy dla ludu – należał do odważnych i spokojnych, lecz doskonale znał liczne historie o władcach, których zamordowali niezadowoleni z rządów poddani. Więc czasem lepiej jest powstrzymać się przed zbyt ostentacyjnym obchodzeniem z władzą. Wyverny to w końcu najbardziej nieprzewidywalne i niebezpieczne stworzenia na świecie, nawet dla siebie nawzajem.
Poprawił wbijającą się w odsłonięte ramię cięciwę łuku. Nie rozstawał się z bronią, zabierał ją nawet na salę tronową. Zwykle preferował kusze, tak mocne, że nawet ze swoją niezwykłą siłą trudno mu było naciągnąć je bez używania korby, lecz przy rozmowach z obywatelami lepiej nie rzucać się w oczy. Nie wszyscy rozumieli, że broń nie jest skierowana przeciwko nim.
Cóż, można mu było sporo zarzucić: zanim wybił się na tą pozycję, był najgorszym łajdakiem, jakiego świat widział – najemnik, płatny morderca, czasem złodziej, gdy brakowało innych zajęć. Miał na rękach krew niezliczonej ilości osób. Wiele razy w zaciszu nory, w której wówczas mieszkał, usiłował wzbudzić w sobie poczucie winy. Doskonale wiedział, że powinien coś czuć. Wielokrotnie odtwarzał w głowie twarze swoich ofiar, wykrzywione panicznym strachem, błaganie w ich oczach, gdy za wszelką cenę chciały przeżyć. Wspominał wszystko, co wiedział o ich rodzinach – wyobrażał je sobie pogrążone w żałobie, idące w szeregu za wozem zaprzężonym w dwa czarne konie... lecz z jakiegoś powodu był na to znieczulony.
A może po prostu wyverny są pozbawione sumienia?
Obrócił się w lewo, gdy przejeżdżali wiejską drogą. Od razu w myślach wymierzył sobie siarczysty policzek. Znowu ten sam błąd... Po lewej stronie znajdowało się gospodarstwo – kryty strzechą dom, kilkanaście metrów dalej duża obora. W cieniu wielkiej wierzby stał długi stół, nakryty białym obrusem. Przy nim siedzieli ludzie – roześmiani, szczęśliwi. Sam nie wiedział, dlaczego zwyczajna scena poruszyła go tak mocno. Może właśnie z tego powodu, że była zbyt zwyczajna? Świadomość, że nigdy w swoim cholernie długim życiu nie będzie miał szansy na nic podobnego – beztroskie siedzenie przy stole wraz z rodzicami i dziećmi, żoną... bolała. Nigdy nie odczuwał potrzeby bycia normalnym – oprócz tego jednego momentu.
Czy nieśmiertelność jest zła? Na to pytanie nie da się odpowiedzieć. To zależy. Jeśli jesteś samotnikiem, głodnym poznania świata, ciekawym tego, co stanie się za tysiąc lat – nie możesz wyobrazić sobie czegoś lepszego. Lecz jeśli twoim marzeniem jest założenie rodziny, dzieci, dom – nieśmiertelność jest przekleństwem. Dlatego wyverny wybierają swoich rekrutów w tak dokładny sposób...
Ryjisjaveeik dzieciństwo miał ciężkie. Cholernie ciężkie, nawet jak na tamte czasy. Jego ojciec był słynnym wikińskim wojownikiem, miał szóstkę dzieci – dwóch synów i cztery córki. Starszy brat Ryjisjaveeika, Anders, zawsze był ulubieńcem rodziców, a on stał się niepotrzebny. Z początku miał być nawet poświęcony czarownicom ze Ściany Trolli, jednak temu przeciwna była niania, której imienia nawet już nie pamiętał. Rodzice w końcu mieli już dziedzica, więc na co im słaby i chorowity dzieciak? Ot kolejny do wykarmienia, który nic z siebie nie daje. Ojciec pewnego dnia doszedł do wniosku, że pozbędzie się problemu w inny sposób – dał syna na wychowanie do swojego największego wroga, wodza berserków. Chudy, słaby i wiecznie przeziębiony Ryjiv został zmuszony do wykonywania forsownych ćwiczeń, zdecydowanie wykraczających poza jego znikomą sprawność fizyczną. Lecz po kilku latach, chcąc nie chcąc, został berserkiem, człowiekiem o umięśnieniu upodabniającym go do szafy trzydrzwiowej. Łupił i walczył razem z berserkami, czcił Odyna, truł się wywarami z grzybów, podobnymi do tych, które przyrządza sobie Javier. Miał nową rodzinę, akceptującą go.
A potem stał się wyvernem.
I nic już nie było takie samo.
Skulił się, widząc zmierzających w jego stronę rycerzy odzianych w nieznane barwy...



Odyn

Fale wzburzonego morza obijały się o klif, ochlapując jego twarz drobinkami słonej wody. Z lubością wciągnął w płuca znajome wilgotne powietrze, poczuł gorzkawy posmak na języku.
Tak smakuje dom...
Rozłożył szeroko ramiona, chcąc skoczyć i zanurzyć się w morzu. Nic przecież nie może się stać, wiele razy tak czynił, gdy mieszkał tu ponad pięćset lat temu...
No nie, co ty robisz?! – Ktoś błyskawicznie do niego doskoczył i chwycił za ramię.
To ty?! – ryknął, widząc twarz Lokiego.
Wepchnęli nas do jednej wizji, czy jak?!
Odsunęli się od siebie, warcząc. Byli przyjaciółmi w Europie, lecz Szwecja nigdy jakoś nie działała pozytywnie na ich stosunki...
Wypad mi stąd, zamierzam teraz siedzieć w ciszy – warknął, machając na Lokiego, jakby chciał odgonić natrętną muchę.
Sam se rób wypad, powieszony bogu – syknął rudy, odpychając jego dłoń.
Jak żeś mnie nazwał?! – „Powieszony bóg” chwycił go za poły płaszcza i przycisnął do pnia najbliższego drzewa.
Odyn szaleniec! – ryknął mu w twarz. – Twoja stara po zasłonie odpowiada rzutem! – Umilkł natychmiast, gdy kopniak w żołądek pozbawił go oddechu.
Czy moglibyście się uspokoić?! Czekamy na was od godziny!
Jednocześnie obrócili się w stronę głosu. Thor, jasny blondyn o posturze zaprawionego w bojach berserka, stał w niedbałej pozie, ręce trzymając w kieszeniach; nad jego barkiem sterczała głownia młota bojowego.
Yyy... dobra. To... idziemy? – Loki otrzepał tunikę, udając, że spotkanie z dawno zmarłym przyjacielem nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.
Powoli ruszyli za nim wąską ścieżką, schodzącą z klifu. Na plaży, wyciągnięty na piasek, przechylał się lekko drakkar, wyglądający upiornie na tle gęsto zasnutego chmurami nieba. Tyr, brat bliźniak Thora, uszczelniał kadłub, trzymając w dłoni wiaderko smoły.
Może i byli bliźniakami, ale zupełnie różnymi. Thor wydawał się opanowany, lecz niezmiernie miłował wszelkie sztuki walki, potrafił władać każdym rodzajem broni, jaki dano mu do ręki. Już dawno temu, gdy jeszcze nikt nie wiedział, co kieruje prawami natury i nawet wyverny przypisywały to bogom, zainteresował się kataklizmami i ich powstawaniem. Obecnie jego magia skupiała się właśnie na tym: pogodę mógł zmieniać pstryknięciem palców. Tyr za to był chudy jak patyk i blady jak śnieg. Nerwowy, wybuchowy, często wręcz agresywny. Walczył głównie mieczem i wszelkimi rodzajami noży, walki uliczne cenił sobie bardziej, niż te zorganizowane i rozgrywane na polach bitwy, lecz ze względu na geniusz strategiczny ludzie uznali go za boga wojny. Lubił ten tytuł, choć raczej nie oddawał on w pełni jego charakteru.
Gotowi? – spytał, odsłaniając w uśmiechu krzywe, ostre zęby.
Jak najbardziej. – Odyn rzucił swoją broń na dno łodzi.
Wspólnymi siłami zepchnęli drakkar do wody. Wskoczyli do środka, chwycili za wiosła, chcąc nabrać prędkości. Wiatru nie było, cisza morska trwała ponoć od kilku dni, więc nikomu nawet nie chciało się proponować rozkładania żagla.
Gdzie konkretnie płyniemy? – spytał Loki, prostując plecy.
Przed siebie – odparł spokojnie Tyr, lekko obracając sterem. Użył do tego prawej ręki, której dłoń zastępowała żelazna rękawica.



Allan

Był w swoim domu. Od razu zorientował się, że coś jest nie tak: pomieszczenia były ciemne, zasłony w oknach zaciągnięte tak, by nie wpuścić do środka choć odrobiny światła. Niepewnie stawiał kroki na korytarzu. Zwykle soczyście czerwony chodnik musiał teraz być pokryty sporą warstwą kurzu, którego kłęby dusiły i wyciskały łzy z oczu, ilekroć się poruszył. Mało brakło, a rozkaszlałby się na całego. Budynek sprawiał wrażenie opuszczonego, lecz wyraźnie wyczuwał czyjąś obecność. Zszedł po schodach, starannie omijając skrzypiące stopnie. Potknął się w pewnym momencie i oparł o poręcz, by nie upaść. Ciemny lakier schodził z drewna całymi płatami.
Już na parterze coś usłyszał. Głos kobiety.
Płacz.
Wbiegł do salonu. Jego matka – posiwiała, wychudzona, w brudnej sukni – siedziała w bujanym fotelu, patrząc niewidzącym wzrokiem w dymiące popioły na kominku. Jej twarz pokryta była gęstą siecią głębokich zmarszczek, policzki umazane łzami. Szlochała histerycznie, z całych sił ściskając w prawej dłoni jedwabną chustkę, a w lewej trzy fotografie. Byli na nich Mark, Allan i ich ojciec.
Chciał ją zawołać, podejść, lecz okazało się, że nie może się ruszyć, a z jego gardła nie wydobywa się żaden dźwięk. Dłoń przeleciała na wylot przez blat stolika, o który chciał się oprzeć, więc zdał sobie sprawę z przerażającej rzeczy. Jestem duchem – pomyślał. Nie mógł nic zrobić, coraz bardziej tym przerażony.
A kobieta płakała coraz głośniej...



Bonawentura

Biegł przez las. Lekko przedłużone brunatne futro falowało delikatnie od pędu, lejąca się z pyska krew ofiary kapała z cichymi puknięciami na ściółkę leśną, na równi z potężnymi łapami. Pędził z zawrotną prędkością, praktycznie bez celu, po prostu po to, by biec. Dyszał już ze zmęczenia, lecz nie chciał przestawać – kochał to. Czuł się wolny, odcięty od wszelkich zmartwień i trosk życia powszedniego, spędzonego w ludzkim ciele. Żył jedynie tą chwilą.
Po prawej stronie rozległ się szelest. Poruszył niedbale uchem, nawet nie zwalniając. Nigdy się w tę stronę nie odwracał, polegając na ostrym wilczym słuchu. Był ślepy na prawe oko praktycznie od zawsze, więc kalectwo nie doskwierało mu tak bardzo, jak gdyby zaznał wcześniej możliwości widzenia szerokokątnego. Przyzwyczaił się, że wszystko jest płaskie, pozbawione wymiaru, oddalone często mniej lub bardziej, niż mu się wydaje. Ale z drugiej strony... po co tęsknić za tym, czego się nigdy nie miało? Nie wpadał na drzewa, polował – oko do niczego nie było mu potrzebne.
Zboczył z obranej ścieżki, rzucając się na umykającego spod jego łap zająca. Zatopił kły w karku zwierzątka, szarpnął, czekając na charakterystyczne chrupnięcie pękających kości. Oblizał się, gorąca krew przyjemnie paliła go w gardło. Uniósł łeb do nieba i zawył.



Rion

Świątynia została wybudowana na drzewie. Wprawdzie doskonale wiedział, że to niemożliwie, ale przecież ją widział, był w środku. Chyba że coś mi zaszkodziło... Ogromny klon miał pień o średnicy tak wielkiej, że w środku można by z powodzeniem wydrążyć miasto. Pięła się po nim kręta brukowana droga; na gałęziach, pośród zielonych liści, znajdowały się kamienne platformy, na których, klęcząc, trwali pogrążeni w modlitwie kapłani. Każdy z nich, niezależnie od płci i wieku, odziany był w obszerną białą szatę, całkowicie zakrywającą twarz. Każda z platform miała na środku otwór o średnicy dłoni, w który wprawiona została ołowiana ramka, splatająca się na kształt symetrycznego kwiatu. Pewnie kiedyś pomiędzy konturami płatków znajdowały się kolorowe szkiełka witraża, lecz teraz nie pozostał po nich nawet ślad.
Jak ja się tutaj znalazłem? – zapytał sam siebie, nerwowo rozglądając dookoła.
Chyba nie musisz tego wiedzieć. To najmniej istotnie z twoich zmartwień. Ważne, że ktoś chciał, abyś znalazł się tutaj akurat w tym momencie.
Odwrócił się. Stał za nim jeden z kapłanów. Pomimo tego, że mężczyzna był wyprostowany, nie dojrzał jego twarzy, ukrytej w przepastnym kapturze.
Dostałem się tu przez przypadek... – jęknął.
Nie ma przypadków, synu – przerwał mu człowiek.
Są. W takim razie...
Nie ma. Czy wiesz, że większość wyvernów jest leworęczna?
Yyy... Nie, ale...
Jeśli to przypadek, to wyjątkowo głupi, nieprawdaż? Nie lepiej pomyśleć, że to może przez to, że leworęczni mają większy potencjał magiczny?
Może tak, ale...
Chłopcze...
Przestań mi przerywać! – ryknął na całe gardło. Za głośno – wszyscy powoli odwrócili się w ich stronę.
Nie przerywam ci, tłumaczę. Wysłuchaj mnie.
Dobrze. – Zrezygnowany, opadł na wielki kamień.
Zadziwia mnie to, że ktoś mający tyle lat, co ty, nie wierzy. Jesteś tu właśnie z tego powodu. Pozwól, że coś ci pokażę.
Kapłan bardzo powoli przysunął się i dotknął pokrytą starczymi plamami dłonią jego czoła. Wolno i płynnie, jakby obcował z dzikim zwierzęciem, gotowym go zaatakować. Rion westchnął. Był raczej zrezygnowany, niż zły. Podskoczył, gdy to, co widział, zaczęło się zmieniać. Siedział teraz na długiej leśnej polanie, po której obu stronach stały... nie, unosiły się na sznurkach lampiony w kształcie odwróconego ostrosłupa.
Jak... – wykrztusił tylko.
Wierzysz w to, co widzisz? – spytał kapłan.
Oczywiście, że nie. To niemożliwe, by one... – Głos mu się załamał. – Wierzę tylko w to, czego da się dotknąć.
To podejdź, dotknij ich. Są tak samo prawdziwe, jak ja, czy ty.
Co do ciebie, to mam spore wątpliwości... – syknął pod nosem.
Podszedł bliżej. Biały materiał był gruby, lecz jednocześnie bardzo delikatny. Pojedyncze nitki mieniły się lekko od migającej w środku świecy.
Musisz uwierzyć – usłyszał jeszcze za sobą, zanim zorientował się, że spada.

Rozdział 26


Allan

Właściwie to wcześniej usłyszał niż zobaczył bełt, wbijający się w pień drzewa obok niego. Natychmiast, pamiętając o zasadach wbitych mu do głowy podczas wojskowego szkolenia, rzucił się na ziemię, płasko do niej przylgnął, ignorując dzielnie błotnisty mech, przylepiający mu się do twarzy. Zamknął oczy, tylko cudem powstrzymując się od modlitwy na głos. Starał się nie oddychać, pamiętając o niezwykle czułym słuchu wyverna. Dopiero po chwili świadomość poraziła go z całą mocą: myśliwy mnie znalazł. Wprawdzie Aurelia nie opowiedziała mu, co szaleniec zamierza z nim zrobić, ale i tak obawiał się najgorszego. Mając jednak w głowie małą nadzieję na szybką śmierć...
Wyłaź, gówniarzu, nie będę cię po krzakach szukał! – dobiegło z jego prawej strony.
Myśliwy był jeszcze całkiem daleko, głos był na tyle niewyraźny, że mógł nawet uważać to za pięćdziesiąt kroków, choć tutaj, we mgle, dźwięki niosły się zupełnie inaczej, więc nie sposób było określić dokładnie odległości. Powoli spojrzał za siebie. Bełt tkwił w pniu drzewa naprawdę głęboko, grot wyszedł po jego drugiej stronie. Nie może być tak daleko, chyba że ma naprawdę potężną kuszę...
Głuchy jesteś?! – ryknął wyvern, już znacznie bliżej.
Teraz, albo skończysz w piekarniku psychola – warknął chłopak w myślach. Poderwał się, skoczył w kierunku przeciwnym do tego, z którego dochodziły odgłosy. Trzask łamanej gałęzi podpowiedział mu, że prześladowca nie odpuszcza. Oprócz tej jednej wpadki, poruszał się zupełnie bezszelestnie, co tylko utwierdziło Allana w przekonaniu, że przeciwnik doskonale zna się na tropieniu i prawdopodobnie zabijaniu ofiar.
Podskoczył, przemienił się w wilka. Pas z mieczem przeszkadzał w biegu, lecz i tak był szybszy, niż w ludzkim wcieleniu. Przez moment pomyślał, czy może nie pozbyć się broni, lecz za chwilę przypomniał sobie, że jeśli ma umrzeć, to chociaż honorowo.
Usłyszał nad sobą świst powietrza, więc przeraził się, że myśliwy ponownie strzela. Niestety, było gorzej – wyvern nagle opadł na ziemię tuż za nim, przewracając go. Działał błyskawicznie – przemienił się w człowieka, dobył miecza i opuścił go na wroga z całej siły. Cios został zablokowany kolbą gigantycznej kuszy. Przez chwilę stali naprzeciw siebie, szukając w swych oczach chęci ataku. Nic z tego, obaj wzrok mieli zimny i niewyrażający żadnych emocji. W końcu jednak myśliwy wykonał ruch – szarpnął lekko prawym nadgarstkiem, kusza i miecz poleciały w błoto obok nich. Chłopak z początku był zaskoczony, lecz zorientował się, że przecież Javier ma jeszcze na pewno sztylet.
Nie pomylił się, po chwili miał ostrze przyciśnięte do gardła.
Poddaj się, dzieciaku – syknął wróg, mrużąc oczy.
W chwili śmierci wszystko widzi się wyraźniej. Kolory są bardziej jaskrawe, zapachy intensywniejsze. Czas jakby zwalnia, przeciągając tę chwilę w nieskończoność. Allan miał mnóstwo czasu na zapamiętanie szczegółów, by potem mieć o czym śnić do końca świata w krainie umarłych. Javier był wysoki, miał lekko skośne, czerwone oczy, chorobliwie wręcz bladą skórę i jasne włosy związane w ciasny węzeł, z którego wydostało się parę zlepionych potem kosmyków, opadających mu na czoło. Twarz miał pociągłą, na pierwszy rzut oka pozbawioną mimiki. Ubrany był w wytarty czarny płaszcz, jak prawie każdy wyvern. Blade usta miał ściągnięte w cienką kreskę. Otoczenie za to było identyczne, jak przed kilkoma godzinami – powykręcane drzewa o czarnych pniach, spowite mgłą, głęboki mech i błoto. Smród zgnilizny albo utrzymywał się na znośnym poziomie, albo nos przestał go już rejestrować.
Zwykle w takich ostatnich chwilach, choćbyś nie wiadomo jak zrezygnowany był przed momentem, pojawia się myśl: nie chcę umierać! Wtedy organizm walczy ze wszystkich sił, nawet jeśli jego właściciel tego nie chce. Allan szarpnął się, kopnął wyverna w żołądek. Ten jęknął, odskoczył, zdziwiony przejawem odwagi, lecz nie dając czasu na oddalenie się, wbił chłopakowi paznokcie w ramię. Pociekła krew, zmiennoskóry krzyknął. Chciał przemienić się w jakieś śmiercionośne zwierzę, lecz jego głowa jak na złość była zupełnie pusta. Odepchnął Javiera, lecz jego ręce były zbyt słabe. Wściekły Myśliwy wyszczerzył kły i kłapnął nimi, zupełnie jakby zamierzał wbić mu je w ciało. Chłopak znowu się szarpnął.
Nagle wyvern otworzył szerzej oczy, pociągnął go w przeciwną stronę. Allan nie zrozumiał, o co mogło mu chodzić, więc znowu skoczył w tył.
Nie ruszaj się! – ryknął Myśliwy.
Dlaczego? – Zmiennoskóry odważnie spojrzał na niego, unosząc jedną brew. Napastnik brutalnie chwycił go za kark i obrócił przodem do sporego kamienia. Na jego gładkiej, jasnoszarej powierzchni wykuto dawno temu coś na kształt krzywej spirali.
To krętodróg, dzieciaku. Jak wpadniemy w niego, nie pozbędziesz się mnie do końca życia...
Przekonajmy się! – Wiele nie myśląc, skoczył, ciągnąc za sobą Javiera.
Błysnęło, Allan wylądował na brzuchu w miękkiej trawie, Javier po chwili zwalił się na niego.
Chłopak jęknął, wstał powoli, coś boleśnie chrupnęło mu w kolanie. Powiódł wzrokiem dookoła, próbując poznać, gdzie jest. Niestety miejsca nie potrafił zakwalifikować do żadnego ze znanych.
Czy wpadanie w te krętodrogi zawsze jest takie gwałtowne? – spytał, niepewnie stawiając krok naprzód. Jego noga również tutaj zapadała się w mchu do kostki, lecz porost był tak soczyście zielony, że aż świecił, i suchy, nie mokry, obślizgły i śmierdzący.
Zwykle nie – jęknął Javier. Podniósł się, otrzepał spodnie z niewidzialnego pyłu, poprawił rzemień, którym związane miał włosy. Opuścił raptownie ręce, kiwnął się mocno do tyłu, potem w bok, jakby był pijany. Chwiejnie podszedł do Allana, znowu się zataczając, położył mu dłoń na ramieniu. Wzrok miał ledwo przytomny, źrenice maksymalnie zwężone pomimo panującego półmroku.
Co ci jest? – odezwał się nieśmiało zmiennoskóry.
Myśliwy wyglądał, jakby nie słyszał. Wydał nieartykułowane mruknięcie, co mogło znaczyć zarówno „nic”, jak i coś zupełnie innego. Wyraz jego twarzy się nie zmienił, nadal zdawał się nieobecny.
Gdzieś niedaleko usłyszał kilka podniesionych głosów. Parę osób wyraźnie się kłóciło, lecz nie potrafił rozpoznać słów z tej odległości. Javier jakby się obudził – podskoczył błyskawicznie, stanął przodem do miejsca, z którego dochodziły dźwięki, i sięgnął za pasek w poszukiwaniu rękojeści sztyletu. Natrafił jednak dłonią na pustą pochwę. Spojrzał na nią z niedowierzaniem, jakby nie poznając. Syknął, przewracając oczami, odwrócił się powoli, uśmiechając nienawistnie do Allana:
Teraz tam wróć i przynieś nam jakąś broń, bo ja mam tylko to. – Wyjął z kołczana bełt i pomachał mu nim przed nosem. Następnie go schował, przestąpił z nogi na nogę, wymruczał pod nosem coś niezrozumiałego i sadząc niemożliwie wielkie susy, pomknął w stronę prześwitu między drzewami.
Zmiennoskóry, wiele nie myśląc, ruszył za nim. Starannie unikał suchych gałęzi i innych pułapek, lecz i tak miał wrażenie, że jego kroki robią niemożliwie dużo hałasu. Czego nie można było powiedzieć o wyvernie, któremu pomimo takiego pędu towarzyszył jedynie szelest płaszcza.
Z impetem wpadli na polanę. Javier zahamował raptownie, prawie się przewracając.
Obok ruin niewielkiej warowni płonęło ognisko. Wokół niego na przyciągniętych z lasu pniach drzew, siedziało sześć postaci z których pięć z pewnością było wyvernami. Wstali powoli, błysnęła obnażona stal, zaterkotał dawno nieoliwiony mechanizm kuszy.
O nie – jęknął Allan, bezsilnie opuszczając ramiona.
Szóstka tkwiła tu na pewno od dłuższego czasu. Byli źli, zmęczeni i widocznie zniecierpliwieni swoim towarzystwem – poznał to po wielkim odcisku pięści na policzku jednego z dwóch rudych.
Javier syknął i rezygnując z pokojowego odwrotu, skoczył w stronę napotkanych. Drogę zagrodził mu najwyższy, czarnowłosy, ubrany w sięgający kolan skórzany, czarny płaszcz. Wielki krzyżacki miecz trzymał w jednej dłoni – lewej, wziął nim zamach znad głowy z taką łatwością, jakby ważył nie więcej, niż kij od szczotki...
Mark! – ryknął chłopak, machając ramionami.
Mark odwrócił do niego głowę, a wtedy Javier runął na niego całym swoim ciężarem. Odbił się od piersi Niemca i zwalił u jego stóp.
A ten to kto? – jęknął Niemiec, przyciskając go do ziemi sztychem miecza wycelowanym w gardło.
Javier, jaka niemiła niespodzianka! – roześmiał się jednooki.
Odyn! To ty jeszcze nie sczezłeś w piekle? – zdziwił się Myśliwy, wstając.
Nazwany Odynem podszedł bliżej, dłuższy czas kontemplował wzrokiem twarz znajomego. Zmarszczył brwi, widocznie czymś zdegustowany.
Nadal bierzesz te grzybki?
Odpowiedź nie nadeszła. Javier w mgnieniu oka wyrwał mu z wiszącej u pasa pochwy sztylet, chwycił Marka za ramię i przycisnął mu ostrze do gardła. Młody wyvern odruchowo chwycił go za poły płaszcza i dosłownie przerzucił nad głową, groźnie szczerząc kły. Napastnik obrócił się w powietrzu i wylądował na czworakach. Natychmiast ponowił atak, lecz Mark sparował cios, przyjmując go na przedramię, i chwycił wroga za gardło. Javier drapał, kopał, bił, ale nie dał rady się uwolnić. Allan był zaskoczony – w raczej szczupłych ramionach brata kryła się niewyobrażalna siła.
Udusisz go – zauważył uprzejmie jeden z rudych, ten bez siniaka.
Daj spokój, Rion, niech się młody wyżyje – roześmiał się blondyn, odciągając jednak wściekłego Marka od krztuszącego się Javiera. – Dobrze, a więc zaprzestańmy prób zabicia się nawzajem i usiądźmy przy ognisku, bo wygląda na to, że jednak spędzimy w swoim towarzystwie jakiś czas – wygłosił, uśmiechając się znacząco do Allana.
Chłopak westchnął, usiadł na pniaku. Ktoś wręczył mu patyk z nabitym kawałem nieznanego pochodzenia mięsa. Natychmiast poczuł kumulujący się w żołądku od kilku dni głód.



Mark

Tłuszcz padał w rozżarzone gałęzie, skwiercząc cicho. Dźwięk potwornie go irytował, chociaż wcześniej nawet nie przyszło mu do głowy, by zwrócić na niego uwagę. A nawet jeśli – był przyjemny. Cały czas popatrywał kątem oka na swojego brata, wbijającego wygłodniały wzrok w kawał mięsa, smażący się nad ogniskiem. Chłopak milczał, ignorował toczące się nad nim rozmowy. Jadł już wcześniej, lecz dokładką nie pogardził...
Mark! – usłyszał nad sobą. Uniósł raptownie głowę, rozejrzał się po twarzach towarzyszy, szukając tego, który go wołał.
Pytałem, czy może wreszcie się stąd ruszymy i sprawdzimy, co jest w środku tych ruin? – powtórzył Bonawentura. Słowo „ruiny” wymówił z wyraźnym jadem.
Cóż, jak tam chcesz, ja mogę iść. Ale coś mi się zdaje, że tam w piwnicy to ty miałeś pietra?
Wcale nie. Byłem tylko... ostrożny.
Dobra, to idziemy? – Rion wstał, zarzucając płaszcz.
Idziemy. A nie zapomnieliście przypadkiem o pieczęciach i innych pułapkach? – Niemiec uśmiechnął się z przekąsem.
Wpadliśmy w krętodróg, więc gorzej być nie może – burknął Odyn.
Wstali, zabrali broń, wygasili ognisko, zasypując je piaskiem. Ruszyli w stronę spróchniałych wrót, obrośniętych gęstą ścianą bluszczu. Allan chwilę patrzył za nimi, nie mogąc się zdecydować, lecz w końcu również się podniósł. Javier szedł trochę z boku, potykając się co jakiś czas. Ręce trzęsły mu się tak bardzo, że nie był w stanie utrzymać w nich pochodni. Początek głodu narkotykowego?
Ryjisjaveeik oparł obie dłonie na poczerniałym, niegdyś pięknie rzeźbionym drewnie, i przyłożył do niego ucho. Chwilę tak trwał, wreszcie westchnął i odsunął się powoli.
Nikogo nie ma. Ale wyraźnie czuję czyjąś obecność...
Duchy? – roześmiał się nerwowo Allan. Odyn zmiażdżył go wzrokiem.
Całkiem możliwe. Bardzo często, gdy opuszczano jakiś zamek, zabijano dowódcę jego straży, a ducha wiązano z murami pieczęcią, by nie opuścił ich do końca świata. Lub dopóki jakiś nekromanta nie zechce go ułaskawić... – Posłał znaczące spojrzenie Lokiemu. Rudy udał, że nie widzi, bezwiednie tylko pomasował dłonią siniak na policzku, prawdopodobnie odcisk pięści jednookiego.
Mark i Rion wspólnymi siłami wyważyli bramę. Chwilę szli wilgotnym i cuchnącym stęchlizną tunelem, co tylko obrazowało, jak grube są mury, następnie wyszli na dziedziniec.
Od środka warownia wydawała się o wiele większa, niż z zewnątrz. Między popękanymi płytami pod ich stopami zagnieździł się miech; po prawej stronie placu, w miejscu, gdzie stawał się półkolisty, rosła ogromna wierzba o pniu tak grubym, że nie objęliby go wszyscy razem. Z wiekowych murów zwieszały się pnącza, zasłaniając pozbawione szyb łukowate okna. Pośrodku przechylała się spora kamienna fontanna o misie pokrytej siatką drobnych pęknięć.
Ryjisjaveeik przyklęknął na jedno kolano, zamknął oczy. Skrzywił się, westchnął.
Coś tu jest nie tak. Tylko nie mam bladego pojęcia co...
Możliwe, że to tylko wrażenie? – spytał z nadzieją w głosie Javier. Co jak co, ale niezrozumiałych zjawisk magicznych nienawidził z całego serca.
Nie. Nigdy nie czułem niczego podobnego... – Upadły władca wstał płynnie, rozejrzał się, jakby czując, że ktoś ich obserwuje. Było jednak zupełnie pusto, wiatr tylko pędził po kamiennym podłożu garść suchych liści. A jednak nikt nie był spokojny, w powietrzu wisiało tajemnicze napięcie...
Wchodzimy do środka? – zwątpił Bonawentura.
A przed chwilą tak się tu pchałeś! – Rion dźgnął go po przyjacielsku łokciem między żebra. Wilkołak w odpowiedzi odsłonił ostre kły, z jego gardła wydobyło się nieludzkie warknięcie.
Oczywiście, że wchodzimy, a co myślałeś? Może zanim spenetrujemy piętro, sprawdźmy dokładnie, co dzieje się w tej piwnicy, bo jakoś mnie tam ciągnie. – Odyn puścił oko blademu Allanowi. Mark ryknął śmiechem, widząc przerażoną minę brata.
Podeszli do drugich drzwi piwnicznych – w przeciwieństwie do tych znajdujących się na zewnątrz, otworzyły się stosunkowo łatwo. Mark odważnie wszedł do środka, jeszcze szybciej wyszedł. A wręcz wybiegł, prawie przewracając towarzyszy. Zatrzymał się kilka metrów dalej z szeroko otwartymi z przerażenia oczami.
Co się stało? – Loki, zaciekawiony tą gwałtowną reakcją, zapalił pochodnię i ostrożnie zajrzał do piwnicy. Roześmiał się, zdejmując ze ściany ogromnego, prawie całkiem białego pająka. Niemiec odskoczył, gdy rudy udał, że rzuca stawonogiem w jego kierunku.
Gówniarzeria – ocenił Odyn, idąc przodem. Loki natychmiast się uspokoił i dumnym krokiem podążył za nim.
Schodzili dłużej niż uprzednio – pomieszczenie, do którego dążyli, znajdowało się poniżej poziomu skarbca. Od krętego korytarza odchodziło wiele ziejących czernią otworów, pozbawionych drzwi, lecz Odyn nie wybrał żadnego z nich – postanowił, że musi zobaczyć dno.
Ryjisjaveeik protestował, poczucie zagrożenia narastało w nim wraz z każdym pokonanym metrem, zaczynało mu blokować oddech. To coś było inne, niż magia chroniąca skarbiec, ta sama, która wrzuciła ich w krętodróg – to była obecność czegoś. Niekoniecznie żywego, ale też niezupełnie martwego. Obserwujący ich obcy był niezbyt zadowolony z niezapowiedzianej wizyty, lecz też cierpliwy. Czekał, aż popełnią jakiś fałszywy ruch. A gdyby tak się stało, natychmiast wkroczyłby do akcji...
Wreszcie schody się skończyły. Pochodnia zgasła, Odyn obrzucił ją wiązanką przekleństw. Jednak ruszył dalej, zbyt ciekawy tego, na co trafili. Mark chwycił za ramię ślepego tutaj brata i poprowadził go za przewodnikiem.
Sala była niemożliwie ogromna; panował w niej lekki przeciąg, przez co powietrze było rześkie. Wiatr gwizdał nad nimi w nierównościach sklepienia. Nie widzieli prawie nic, lecz wyverni zmysł orientacji pomagał mniej więcej rozeznać się w otoczeniu. Towarzyszący im stukot pazurów świadczył o tym, że Bonawentura zmienił się wilka – w tej postaci widział znacznie więcej.
Trafimy z powrotem do wyjścia? – jęknął Allan. Echo poniosło jego głos.
Oczywiście, że tak. – Odpowiedź zaaferowanego Odyna nie zabrzmiała jednak szczerze.
Coś błysnęło, Mark odruchowo zmrużył oczy. Zbliżała się do nich postać uformowana z fosforyzującej mgły miętowego koloru. Upiornie chudy człowiek w obcisłych spodniach i butach błazna, ze zbyt ciężkim mieczem w lewej dłoni i małą tarczą w prawej. Powgniatany hełm w kształcie kaptura miał naciągnięty aż na brodę, spod niego wystawały jasne, tłuste włosy. Postać poruszała się przygarbiona, z trudem. Allan zrobił krok do tyłu.
Czego tutaj szukacie, szlachetni podróżnicy? – rozbrzmiało w ich głowach. Nie sposób było określić, w jakim wieku jest posiadacz głosu, mógł mieć zarówno dwadzieścia, jak i sto lat.
My... eee... – zaciął się Odyn.
Ryjisjaveeik odepchnął go i oznajmił hardo:
Wyruszyliśmy w poszukiwaniu hełmu Hadesa, Strażniku, lecz nieprzewidziane komplikacje zaprowadziła nas tutaj. – Ukłonił się dwornie.
Hełm Hadesa? – Głos się zaśmiał. – Dobrze trafiliście... – Zjawa odwróciła się powoli i ruszyła w przeciwnym kierunku. Miecz, który ciągnęła za sobą, głośno szorował po kamiennym podłożu. – Wręcz zabawny zbieg okoliczności.
Rion i Loki wymienili skamieniałe ze zdziwienia spojrzenia. Ryjiv jednak machnął ręką, co oznaczało, że idą za duchem. Mark pociągnął opierającego się brata.
Strażnik siedział ze skrzyżowanymi nogami na szerokiej płycie grobowca, obok niego stał czarny, nabijany kolcami hełm o greckim kroju.
Oto, czego szukacie. – Niedbałym gestem wskazał na artefakt.
Ryjisjaveeik zdębiał.
Jak to...
Niech zgadnę: szliście, obierając drogę według tego świstka papieru? – Długi, kościsty palec wystrzelił w kierunku mapy, której róg wystawał z kieszeni Riona. – Błąd, moi drodzy. Mapa prowadzi w zupełnie inne miejsce, niż myślicie. To naprawdę niezwykłe, że trafiliście akurat tutaj.
Przy okazji wpadając w krętodróg – syknął pod nosem Loki.
Żaden problem, mogę was stąd wyprowadzić.
Ale jak to? Dasz nam ten hełm tak po prostu? – Mark zdawał się mile zaskoczony.
Oczywiście, że nie. Ma pewną cenę...
Jak wysoką? – Niemiec jakby oklapł.
Cóż, jest to próba. Próba waszej siły psychicznej. Oczywiście wcale nie musicie jej podejmować, możemy równie łatwo zapomnieć o całej sprawie. Wyprowadzę was...
Nie. Po to tu jesteśmy.
Duch powoli rozprostował nogi. Mark po raz kolejny zastanowił się, co ma symbolizować zasłonięta twarz. Poza tym, zjawy też potrzebują oczu...
Dobrze, jak chcecie, ale ostrzegam, że to nie będzie łatwe.
Ale czego konkretnie będą dotyczyły te próby? – Głos Allana delikatnie zadrżał.
Zakryta twarz bardzo powoli obróciła się w jego stronę.
Dowiesz się. Zaraz się dowiesz.
Zrobiło się zupełnie ciemno.




Rzeczy, które staną się prawdą,
Rzeczy, które mogą stać się, lecz nie musi dojść do tego,
Przyszłość, która czekałaby was, gdybyście obrali inną drogę,
I przeszłość, najstraszniejsza ze wszystkich wizji...

Bo przed nią się nie obronisz.